Member list

27 lutego 2018 r. w Liceum Ogólnokształcącym w Nisku miało miejsce spotkanie z potomkami niżańskich Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata - ze mną, jako wnukiem Marii i Stanisława Wołoszynów, oraz z Tadeuszem Puchalskim, synem Stanisława Puchalskiego i wnukiem Anny Puchalskiej. Moja prelekcja dotyczyła dwóch kwestii. Najpierw zarysowałem historię próby założenia w Zarzeczu koło Niska zalążków państwa czy też rezerwatu żydowskiego, mającego na celu skoncentrowanie w jednym miejscu Żydów z całej Europy. Następnie przedstawiłem historię moich dziadków, którzy przez 15 miesięcy ukrywali w Nisku Ignacego i Jadwigę Gorzyczańskich, Żydów z Sandomierza. Przedstawiłem również fragmenty wspomnień Gorzyczańskich, spisanych w 1944 roku, tuż po wyzwoleniu naszych terenów spod okupacji niemieckiej. Oto treść mojego wystąpienia: 

Dzień dobry!

Nazywam Grzegorz Wołoszyn, jestem wnukiem Stanisława i Marii Wołoszynów, Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, którzy w Nisku nad Sanem, na ulicy Kolbuszowskiej nr 640, dzisiejszej Głowackiego 8, ukrywali przez 15 miesięcy Ignacego i Jadwigę Gorzyczańskich, małżeństwo żydowskie ocalone z sandomierskiego getta. Są ze mną dzisiaj na tej sali inni członkowie naszej rodziny min. Mój tato Tadeusz Wołoszyn i moja ciocia Teresa Błądek, ale to mnie przypadł przywilej i zaszczyt zaprezentowania Państwu niezwykłej historii naszych przodków. Jest również obecny pan Tadeusz Puchalski, syn Stanisława Puchalskiego i wnuk Anny Puchalskiej, Sprawiedliwych z Niska, którzy ocalili kilkoro Żydów z naszego miasta i okolic. Pan Puchalski zgodził się dołączyć do mnie w czasie dzisiejszego spotkania i opowiedzieć o bohaterskiej postawie swojego ojca i swojej babci.

Zanim jednak przejdę do głównego wątku, pragnąłbym przypomnieć kilka ważnych faktów związanych z naszym rodzinnym miastem, Niskiem. Niewiele osób dziś pamięta o tym, że Nisko miało pierwotnie odegrać ogromną rolę w tzw. „rozwiazywaniu kwestii żydowskiej”, nad którą doradcy Hitlera zaczęli pracować jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Już na początku października 1939 roku, tuż po wygranej przez Niemców kampanii wrześniowej,  Obersturmführer SS Adolf Eichmann zaprezentował Hitlerowi „Plan Nisko” – projekt założenia w Zarzeczu koło Niska nad Sanem żydowskiej kolonii, czy też żydowskiego „rezerwatu”, imitacji niezawisłego państwa, które miało skupiać wszystkich Żydów wysiedlonych z Niemiec i państw wcielonych do III Rzeszy.

W środę 18 października 1939 r. o godz. 8.30 wyruszył do Niska pierwszy transport, w którym znajdowało się 901 Żydów z okolic Ostrawy i Frydku. Drugi transport z 1029 Żydami wyruszył 20 października z Katowic, tego samego dnia o 22.00 w nocy trzeci transport, tym razem z Wiednia, wiozący 912 Żydów. Czwarty transport z 400 osobami wyruszył ponownie z Ostrawy, potem te wagony zostały doczepione do piątego transportu, wyruszającego znowu z Katowic, tym razem skupiającego 1000 Żydów z Górnego Śląska. Szósty transport ruszył 26 października, ponownie z Wiednia. Siódmy, ostatni transport, wyjechał 1 listopada, po raz trzeci z Ostrawy, było w nim 322 więźniów żydowskiego pochodzenia, głównie z Pragi. Jednak nie dotarł już do Niska ponieważ fala powodziowa zerwała most na Sanie.

Adolf Eichmann było obecny w Nisku, kiedy nadjechał pierwszy transport. Wysiadających Żydów powitał następującymi słowami: „Führer obiecał Żydom nową ojczyznę... Jeśli zbudujecie sobie baraki – będziecie mieli dach nad głową. Nie ma wody. Studnie w całym rejonie są zatrute: panują cholera, dyzenteria, tyfus. Jeśli zaczniecie kopać studnie – będziecie mieli wodę...”

Zgromadzeni w Zarzeczu Żydzi, w liczbie około 5000 osób, zaczęli budowę prowizorycznego obozu, co ciekawe, Niemcy kazali im wszystko finansować z własnej kieszeni. Jednak już końcem marca 1940 roku przyszedł rozkaz likwidacji powstającej kolonii. Około 4000 Żydów zostało wypędzonych w okolice Lublina, część z nich szukała ratunku przekraczając na Tanwi granicę Związku Radzieckiego, tam jednak najczęściej czekały ich więzienia NKWD i łagry. Reszta desperacko próbowała wrócić do domu. Niewielu to się udało. Hitler zaczął bowiem wdrażać swój plan „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Co kryje się pod tą eufemistyczną nazwą, wszyscy doskonale wiedzą. W tym miejscu zaczyna się opowieść o moim dziadku, któremu udało się wyrwać nazistowskiej fabryce śmierci dwa ludzkie istnienia.

Stanisław Wołoszyn prowadził na niżańskim rynku, dosłownie sto metrów stąd, zakład fryzjerski i sklep galanteryjny. Część produktów sprowadzał z pobliskiego Sandomierza, zaopatrując się min. w wielobranżowym magazynie, prowadzonym przez Ignacego Gorzyczańskiego. Przez lata wytworzyło się między nimi wzajemne zaufanie. To zaufanie stało się w czasie wojny kwestią kluczową, kwestią życia i śmierci – warunkiem przetrwania.

W czerwcu 1942 roku Niemcy utworzyli w Sandomierzu zamknięte getto obejmujące 3 ulice i 21 budynków. Wszystkie zdolne do tego osoby zmuszane były do niewolniczej pracy w pobliskich zakładach chemicznych „Metan”. Zaczęła się gehenna ludności żydowskiej, która częstokroć padała ofiarą sadystycznych praktyk niemieckich żandarmów. Pierwszy etap likwidacji getta rozpoczął się 29 października 1942 roku. Akcja trwała trzy dni, Niemcy wynajęli do brudnej roboty Ukraińców i Łotyszów. Zamordowano około 400 osób – 200 rozstrzelano na miejscu, pozostałe 200 dołączono do transportu z Żydami z Klimontowa i Zawichostu, jadącego do komór gazowych w Bełżcu. 10 listopada utworzono dla ocalałych z pierwszej czystki i dla nowych transportów Żydów przybyłych z Rzeszy tzw. „restgetto” czyli getto szczątkowe. Znalazło się w nim od 6000-8000 osób. Ono również przeznaczone było do likwidacji. Druga akcja rozpoczęła się 10 stycznia 1943 roku przy 30 stopniowym mrozie. Wg relacji naocznych świadków, ulice dosłownie pokryte były ciałami martwych ludzi. Ci, którym udało się przeżyć eksmisję, wtłoczeni zostali do bydlęcych wagonów i wysłani do Treblinki. W transporcie tym znalazła się żona Ignacego Gorzyczańskiego, Jadwiga, z małą czteroletnią córeczką Sarą. Sam Gorzyczański, skontaktowawszy się wcześniej z moim dziadkiem, uciekł z restgetta.

Chciałbym w tym miejscu oddać głoś Ignacemu i Jadwidze Gorzyczańskim. Dzięki życzliwości Towarzystwa Ziemi Niżańskiej, a szczególnie dzięki panu Zygmuntowi Kunikowskiemu i jego przyjaciołom z Izraela, Sonii i Ilyi Kocubajom, Żydom polskiego pochodzenia, zmuszonym do emigracji w haniebnym roku 1968, udało mi się przetłumaczyć z hebrajskiego wspomnienia Gorzyczańskich, spisane na świeżo zaraz po wojnie. Pozwolą Państwo, że przeczytam fragmenty tego ważnego świadectwa autorstwa samych Ocalonych.

Fragmenty wspomnień Ignacego i Jadwigi Gorzyczańskich

Ignacy Gorzyczański

Rodziny żydowskie oddawały swoje dzieci Polakom. My również mieliśmy do nich duże zaufanie, budowane przez lata, zwłaszcza do sąsiadów, u których schowaliśmy towary z naszego sklepu. Poprosiłem zatem sąsiada, żeby wziął na przechowanie również moją córkę, ale odmówił. Powiedział, że może ukryć tylko mnie. Tłumaczył, że gdy w kryjówce znajdzie się dwoje ludzi i będą rozmawiać, może ich usłyszeć służąca, a wtedy niebezpieczeństwo grozić będzie jemu i jego dzieciom. Po wielu poszukiwaniach zdołałem w końcu przekazać córkę rodzinie chrześcijańskiej, mieszkającej koło Skarżyska. Ale przed akcją oddali ją, mówiąc, że ciągle płacze, dniami i nocami. Dlatego umieściłem Sarenkę u mojego brata w „Metanie” i dzięki temu przeżyła pierwszą akcję. 3 stycznia 1943 roku zlikwidowano obóz „Metan” i wszyscy zostali przeniesieni do getta. Szukałem różnych dróg ocalenia mojej córki, błagałem Boga, żeby przetrwała te straszne lata, modliłem się również o całą rodzinę.

Któregoś dnia spotkałem służącą, która kiedyś u nas pracowała i była dla nas jak członek rodziny. Poprosiłem ją, żeby przyszła do getta i zabrała małą Sarę. Zgodziła się, ale kiedy przybyła na miejsce, przestraszyła się i dostała ataku paniki. Zaczęła krzyczeć: „Ja nie chcę!”. Uciekła i zostawiła córkę na ulicy. Nie poddawałem się jednak i ciągle szukałem ocalenia dla mojego dziecka. […]

Wyszedłem przez ciemne podwórko i wskoczyłem do otwartej piwnicy. Zostałem tam całą noc. Było zimno. W piwnicy znajdowało się dużo ziemniaków. Położyłem się wycieńczony i przykryłem nimi. Wcześnie rano obudziły mnie krzyki i odgłosy strzelaniny ze strony getta. Wiedziałem od razu, że rozpoczęła się akcja. Zacząłem się martwić o moją żonę i córkę, o to, czy zdążyły na czas schronić się w kryjówce, którą im pokazałem na wypadek, gdybyśmy nie zdążyli uciec z getta. Wszystko było również umówione z dozorcą, właścicielem tego schronienia.

Po kilku godzinach zrobiło się cicho. Nie słychać było ani krzyków, ani odgłosów wystrzałów. Bardzo niepokoiłem się o moich najbliższych. W porze popołudniowej wyszedł z domu Bieńkowski, wraz z żoną, i krzyknął do dozorcy: „Ktoś ukrywa się tutaj? Na pewno ktoś jest w piwnicy!”. Natychmiast wyszedłem z piwnicy do pustego pokoju, który znajdował się na końcu korytarza. W rogu pokoju rzucone były jakieś szmaty. Zakryłem się nimi i nasłuchiwałem. Słyszałem dozorcę, który mówił: „Nie ma go tutaj”. Zrozumiałem, że właśnie ocaliłem życie. Kiedy przeszukali piwnicę, odczekałem moment, opuściłem prowizoryczną kryjówkę i wróciłem do tej piwnicy. Znów położyłem się na stosie ziemniaków i tak przeczekałem do nocy. W nocy zrobiło się bardzo zimno, nie mogłem zasnąć. Ale dzięki temu przypomniałem sobie Stanisława Myszko – rolnika, który mieszkał koło fabryki „Metan”. Przebywając w obozie, kupowałem od niego żywność. Kiedy było już wystarczająco ciemno, poszedłem do niego. Zapukałem do drzwi. „Kto tam?” – zapytał. Poprosiłem, żeby pozwolił mi wejść. Otworzył drzwi, ale nie wpuścił mnie do środka, tylko zaprowadził do obory, bo w tym momencie przebywał u niego sąsiad. Siedziałem tam kilka godzin w paraliżującym strachu. Ogarniały mnie najczarniejsze myśli. „Żeby tylko nie poszedł na policję, żeby mnie nie wydał!”. Na szczęście, kiedy tylko sąsiad wyszedł, zaraz poprosił mnie do domu. Jego żona powiedziała, że jest akcja i wielu ludzi zamordowano. […]

Już latem 1942 roku, przed pierwszą akcją, uzgodniliśmy ze Stanisławem Wołoszynem, moim klientem z Niska blisko Rozwadowa, że przygotuje dla mnie malutką kryjówkę, taką dla jednego człowieka. Wołoszyn był bardzo porządnym człowiekiem, miałem do niego pełne zaufanie. Nie uciekłem jednak z getta, jak wcześniej planowałem, bo udało mi się zdobyć „papiery żelazne” i dzięki nim byłem bezpieczny. Teraz przypomniałem sobie o Wołoszynie i napisałem do niego list z zapytaniem, czy sprawa jest ciągle aktualna. […]

Stanisław Wołoszyn przyjechał do Sandomierza. Spotkaliśmy się w miejscu i o czasie wyznaczonych przeze mnie w liście, a stamtąd pojechaliśmy razem do Niska, do jego domu. Po dwóch dniach przeniósł mnie do stodoły, gdzie znajdowała się zbudowana wcześniej kryjówka. Poprosiłem go, by wysłał list do Sary z zapytaniem, czy Jadwiga przebywa wraz z nią w Warszawie. Miałem silne przeczucie, że tak właśnie jest. Napisałem, gdzie się ukrywam i poprosiłem, żeby do mnie dołączyła. I rzeczywiście – po pięciu tygodniach przyjechały obie do Niska.

Zamieszkaliśmy razem z żoną w kryjówce Wołoszyna i spędziliśmy w niej piętnaście miesięcy. Nasze schronienie było bardzo niewielkie. Dla dwójki osób tak ciasne, że oboje zawsze musieliśmy leżeć na tym samym boku. Nie dało się wyprostować nóg. Na ścianę z desek przykleiliśmy papier; zostawiłem jednak kilka szpar, żeby docierało do nas świeże powietrze. W zimie ogrzewaliśmy się wzajemnie własnymi ciałami, a latem leżeliśmy prawie nadzy. Wołoszyn każdego dnia dostarczał nam jedzenie i picie. Robił to tak sprytnie, że do końca naszego pobytu w stodole służąca niczego się nie domyśliła. Nie wiedział o nas nawet pies. Również codziennie musiał wynosić nasze nieczystości. Zawsze o tym pamiętał i dawał nam znak o określonej godzinie. To była dla niego ciężka i nieprzyjemna praca.

Jadwiga Gorzyczańska

Wieczorem zaczęliśmy iść szybko w kierunku stacji kolejowej. Kto nie szedł w równym szeregu, był natychmiast rozstrzeliwany. Załadowali nas do wagonów i kazali zdjąć palta. Jechaliśmy bez jedzenia i bez choćby kropli wody. Było tak ciasno, że potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy w majtki. Ściany wagonu nasączono chlorem, a że chwycił mróz, pokryły się lodem. Ludzie lizali te „lody” i później dostawali bólu brzucha. Młodzi chłopcy, którzy jechali z nami w wagonie, przepiłowali kratę i wyskoczyli z niego. Koło mnie stał Żyd z Ostrowca i cały czas się modlił. Kaila, córka Jankiela Wilczyka, spojrzała i zdziwiona zapytała: „Dlaczego on się modli? Gdzie jest jego Bóg?”. Tak mówiła Kaila, kobieta pobożna.

Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. Wiedzieliśmy tylko, że wiozą nas na śmierć. Powiedziałam ludziom: „Trzeba uciekać, nie mamy nic do stracenia”. Ale oni zaczęli krzyczeć: „Skąd ty możesz wiedzieć, co nas czeka?!”. Postanowiłam zatem wyskoczyć sama przez otwór w przepiłowanych kratach i przynajmniej uratować córkę (później okazało się to złudną nadzieją). Porozmawiałam z teściem i umówiliśmy się, że jeśli wyskoczę i nie będzie strzałów, on od razu wyrzuci z wagonu Sarenkę, a ja będę na nią czekać.

Do dziś nie wiem, jak zdołałam dostać się do okna i wyskoczyć z wagonu. Dookoła było ciemno i śnieg. Leżałam nieprzytomna na śniegu. Podszedł do mnie Żyd, który również wyskoczył, i zaczął mną potrząsać. Było nam zimno, bo zabrali wszystkim palta przed wejściem do wagonu. Miałam na sobie kilka swetrów, a na głowie chustkę. Krzyczałam: „Gdzie jest moja córka?!”. Mężczyzna widząc, że nie jestem jeszcze w pełni przytomna, odczekał, aż się uspokoję.

Potem razem chodziliśmy wzdłuż toru i szukaliśmy Sarenki. Jej jednak nigdzie nie było. Po chwili jałowych poszukiwań, mężczyzna odszedł, bo chciał oddalić się od toru. Ale ja dalej szłam wzdłuż szyn i szukałam córki. Po drodze spotkałam kolejarza Polaka i spytałam, czy nie widział małej dziewczynki. Powiedział, że nie, ale po drodze widział wiele zwłok Żydów, którzy wyskoczyli z pociągu i zostali zastrzeleni przez Niemców.

Byłam bardzo spragniona. Prosiłam spotkanych po drodze Polaków o wodę. Oni pokazali mi światło w oddali i powiedzieli, że gdzie jest światło w domu, tam są ludzie i woda. Okazało się to dość daleko, ale możliwe, że droga dłużyła mi się z powodu wycieńczenia. Ostatkiem sił weszłam do domu, w którym paliło się światło. Przy stole siedział szewc, a obok niego stał chłopiec, mający nie więcej niż czternaście lat. Gdy mnie zobaczył, krzyknął: „To Żydówka! Ona na pewno wyskoczyła z pociągu!”. Wziął krzesło i zaczął mnie nim tłuc. Poczułam, jak łamie mi żebra. Szewc nic nie mówił i dalej pracował spokojnie przy stole. Kobieta, która myła naczynia w kuchni, po cichu powiedziała: „Kobieto, weszłaś do złego domu”. Poprosiłam o wodę. Chłopiec odwarknął: „Dostaniesz tylko pomyje!”. Podał mi kubek z pomyjami, ale wypiłam nawet i to, tak bardzo byłam spragniona. Potem wypchnął mnie na ulicę i powiedział: „Teraz zaprowadzę cię na policję, Żydówo!”. Szedł przede mną i holował mnie za rękę, bo nie miałam już więcej sił, by iść sama.

W końcu doszliśmy do bramy obozu pracy. Okazało się, że wyskoczyłam z pociągu w okolicach Skarżyska. Wyszedł do nas Niemiec. Chłopiec powiedział mu, że przyprowadził Żydówkę. Niemiec zapytał mnie, skąd jestem. Ja na to zrobiłam zakłopotaną minę, dając do zrozumienia, że nie rozumiem po niemiecku. Chłopiec krzyknął: „Ona rozumie, to jest Żydówka!”. Niemiec kazał mu milczeć. Wszedł do obozu i po chwili wrócił z mężczyzną, który miał robić za tłumacza. Opowiedziałam im wymyśloną na poczekaniu historię. Przez wiele lat pracowałam jako opiekunka do dziecka w rodzinie żydowskiej. Byłam do tego dzieciątka bardzo przywiązana, traktując jak swoje własne, dlatego postanowiłam je ratować. Przybyłam do getta, by zabrać je do siebie, ale było już za późno: w getcie nie było już Żydów, wszystkich zabrano pociągiem. Postanowiłam zatem pojechać za nimi i odnaleźć dziecko. Nie było jednak żadnego pociągu, więc poszłam piechotą wzdłuż torów. Przeliczyłam się jednak z siłami i szybko zaczęły mnie boleć nogi. Nie wzięłam ze sobą zapasów żywności ani wody. Brak tej drugiej szybko dał się we znaki i pozbawił mnie sił. Nagle ujrzałam światło i poszłam w jego kierunku. Opowiedziałam, co się stało, kiedy weszłam do chaty. Jak chłopiec zaczął mnie wyzywać od Żydówek i bić, a potem przyprowadził mnie tutaj.

Nie miałam już więcej sił. Powiedziałam sobie: „Co będzie, to będzie”. Niemiec odparł: „Idź szybko na stację kolejową i jedź stąd!”. Poprosiłam go o dokument, żebym po drodze mogła pokazać innym Niemcom, dlaczego tutaj jestem, ale on podniósł głos: „Uciekaj szybko, nie bądź głupia!”.

Po wojnie Gorzyczańscy wyemigrowali do Frankfurtu, a potem do Izraela. W kwietniu 1968 roku zaczęli formalne zabiegi o przyznanie moim dziadkom tytułu „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” – najwyższego izraelskiego odznaczenia cywilnego nadawanego osobom niebędącym Żydami. Odznaczenie przyznawane jest przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Jad Waszem w Jerozolimie. 20 października 1974 roku proces weryfikacji dobiega końca i Stanisław Wołoszyn leci do Izraela po odbiór dyplomu i medalu. Przywilejem Sprawiedliwych jest również zasadzenie drzewka oliwnego w Ogrodzie Sprawiedliwych wraz z umieszczeniem tabliczki upamiętniającej Sprawiedliwego. Nazwa „Jad Waszem” oznacza „miejsce i imię”. Jest to cytat zaczerpnięty z Księgi Izajasza (Iz 56, 5) „dam [im] miejsce w moim domu i w moich murach oraz imię lepsze od synów i córek, dam im imię wieczyste i niezniszczalne”.

 

20 czerwca 2017 r. w MDK w Stalowej Woli odbyła się premiera spektaklu "Dziady. Impresja". To już trzeci spektakl zrealizowany przez Teatr "Szósty Akt". Spektakl był jeszcze grany 21 czerwca w SDK oraz 3 listopada (dzień po kalendarzowych Dziadach!) ponownie w MDK. W sumie naszą interpretację Mickiewiczowskiego arcydramatu zobaczyło około 1000 widzów! Oto krótki opis spektaklu i fotoreportaż z próby generalnej:

Scenariusz spektaklu jest autorską kompozycją, składającą się z fragmentów II, IV i III części Dziadów Adama Mickiewicza. Wątki zostały dobrane w taki sposób, żeby harmonijnie  (choć niejednokrotnie zaskakująco) się przenikały, korespondowały ze sobą, wchodziły w nieustanny dialog, tworząc aurę niesamowitości, tajemnicy i grozy, rozbijaną czasami kontrapunktowo elementami humoru i groteski. Scenografia utrzymana jest w stylu minimalistycznym, jej centralnym elementem jest krzyż, którego symbolika zmienia się w zależności od kontekstu odgrywanej sceny. Kostiumy zostały uwspółcześnione dla podkreślenia uniwersalności tematyki Dziadów, ale również po to, aby ułatwić widzowi „wejście” w świat przedstawiony i współodczuwanie z aktorami pojawiających się na scenie emocji, tworzących tytułową impresję – niezapomniane teatralne wrażenie przebywania na pograniczu dwóch światów.

 

Art Director

17 marca 2016 roku w małej wsi Markowa koło Łańcuta zostało otwarte Muzeum im. Rodziny Ulmów upamiętniające Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej. Ja, mój tato Tadeusz oraz Tadeusz Puchalski zostaliśmy zaproszeni na to wyjątkowe wydarzenie jako potomkowie Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Moi dziadkowie, Maria i Stanisław Wołoszynowie, ukrywali w Nisku przez piętnaście miesięcy małżeństwo żydowskie, Jadwigę i Ignacego Gorzyczańskich, pochodzących z Sandomierza, którym udało się uciec z getta, natomiast ojciec Tadeusza Puchalskiego, Stanisław Puchalski, wraz ze swoją matką, Anną, ratowali Żydów z Niska i okolic, min. fałszując kenkarty. W wydarzeniu uczestniczył prezydent RP Andrzej Duda, liczni ministrowie, przedstawiciele polskiego episkopatu oraz naczelny rabin Polski Michael Schudrich. Do małej podkarpackiej wsi przybyły również delegacje dyplomatyczne z całego świata (ponadto wydarzenie było transmitowane przez 18 polskich placówek dyplomatycznych i kulturalnych) oraz potomkowie Żydów uratowanych przez mieszkańców Markowej. Uroczystości zaczęły się o godz. 10.00 na cmentarzu żydowskim w Jagielle, gdzie spoczywają ciała rodzin Didnerów, Grünfeldów i Goldmanów zamordowanych wraz z Ulmami. O 11.30 miała miejsce modlitwa chrześcijańska i żydowska na grobie rodziny Ulmów w Markowej, po której wszyscy udali się na uroczystą mszę w intencji osób ratujących Żydów w czasie wojny i ofiar hitlerowskich prześladowań. O 12.30 odbyła się modlitwa w synagodze w Łańcucie, a następnie wręczenie odznaczeń państwowych dla Polaków ratujących Żydów w sali konferencyjnej w zamku Lubomirskich i Potockich. Ostatnią częścią uroczystości było oficjalne otwarcie Muzemu im. Rodziny Ulmów w Markowej i przemówienie prezydenta RP. Po części formalnej zaproszeni goście mogli jako pierwsi zwiedzić muzeum (bardzo wzruszającą chwilą było dla nas odnalezienie materiałów poświęconych naszym przodkom i ich bohaterskim czynom). 

Zapraszam do obejrzenia bardzo subiektywnego i osobistego reportażu z tego wydarzenia. 

Art Director
Joomla templates by Joomlashine