Książka poetycka "Poliptyk" zdobyła Grand Prix w czasie finału V Ogólnopolskiego Konkursu na Książkę Literacką w Świdnicy. Rok później otrzymała nagrodę Krakowska Książka Miesiąca. Zapraszam do lektury wyboru wierszy z każdego rozdziału książki. Autorem grafik, które współtworzyły konkursowy zestaw, jest Rafał Marchut

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

LUTCZA

 

 

 

Głową sięgam ponad stół


i widzę babcię stawiającą babki
z białego piasku. Piasek jest miękki
i pachnie spichlerzem, gdzie dziadek
trzyma pod kluczem wonne tajemnice.


Babcia unosi wodę i zamienia piasek
w glinę, wypełnia ją jagodami i lepi
śmieszne ludziki o wielkich brzuchach.
Patrzę z rozdziawioną buzią, jak ludziki


pływają we wrzątku, a babcia ratuje
wielką łyżką ich błyszczące ciałka i polewa
słodkim masłem. Kiedy siedzimy przy stole
i po naszych brodach spływa lepki sok,


czuję, jak z każdym kęsem staję się
glinianym ludkiem, wypełniam jagodami
i słyszę przesypujący się we mnie biały piasek.
Mój język sztywnieje, robi się czarny.


Kiedy próbuję go wypluć, wszyscy się ze mnie śmieją.

 

 

Pieśń o małym rycerzu


Powiewają niebieskie chorągwie
chabrów. Osty ostro łupią
w membrany łopianów.
Pokrzywy zwierają szeregi,
ostróżeczki i blekoty idą
za kurzośladem na pierwszą linię.
Lniczniki nabijają
prochem makówki.


Ostrożnie wymijam straże
wrażych ostrożeni, trąbię
na pohybel i szarżuję
leszczynową szpadą.


Trup ściele się gęsto,
ociekam cały zieloną
posoką, wszędzie wokół
martwe ciała chwastów.


Jestem ranny.
Dłonie i nogi poniżej kolan
całe w piekących bąblach.


Kiedy wracam do domu,
mama bierze mnie do mycia,
dziadek jakby nigdy nic kurzy
papierosa, śnięte krowy
wracają do obory, leniwie żując
pleniące się cienie.

 

W końcu Droga Mleczna
odkrywa, komu należą się gwiazdy,
i spływa pod poduszkę
przez otwarte okno.

 

 

Negatyw


Niebo jak żagiel rozpięty na róży wiatrów.
Burzą się żółte grzywy zbóż. Smagłe chorągiewki
dymów powiewają nad dachami, drzewa przędą
obłoki i spuszczają na ziemię migotliwe nici
deszczu w naglącym rozgwarze liści.


Horyzont pęka na pół i uwalnia płomień,
od którego babcia zapala ogromną gromnicę.
Siedzimy wokół, słuchając zdrowasiek,
powietrze jest nieruchome i ciężkie od lęku.


Raz za razem, na ułamek chwili,
wszyscy składają się ze światła,
jakby spod cienkiej warstwy ciała
przebijała dusza.


Nagle spostrzegam,
że moja dusza patrzy
tyłem głowy przez okno.


Ogarnia mnie strach, kiedy
modląca się naprzeciwko babcia
spogląda w uwalnianą na ułamek chwili
ciemność.

 

 

Wędki


Księżyc pruje srebrne chusty
o drzazgi spławików. Rzeka
nurtuje pytaniami, skrywa
drugie dno. Czas ulatnia się


w chałupach, puszcza nosami
bąble snu. Rzucamy z braćmi
przynęty między falujące
gwiazdy, wodzimy wodę


na pokuszenie. Echo niesie plusk.
Świerszcze szeleszczą ciszą.
Wrzask bażanta płoszy ciemność,
która trzepoce skrzydłem brzegu.


Nieważkość ważek na szalach
ociemniałych oczeretów,
podprogowa mantra komarów,
lepki syrop rosy, rechot śmieszek.


Żyłka ze świstem kroi tkankę
wody i wyjmuje klenia
błyszczącego jak wycięty organ.
Nasza duma wojowników


wykrwawi się jutro
na widok dziadkowego noża.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

NISKO. WIZYTA U RESSÉGUIERÓW

 

 

 

Kot Schrödingera


Kumulacyjna redukcja potrzeb.
Łyk gorzkiej herbaty przepływa
przeze mnie, jakby był strumieniem
ambrozji, esencją smaku.


Epikurejczyk pustą gębą.
Cynik wciśnięty w beczkę
prochu, jaką staje się ciało.


Czuję, że porusza się we mnie miejsce,
którego nie chciałbym dotrzeć, rozognić.


Dzielę w sobie odległości,
w nieskończoność mnożąc dystans,
odkładam moment pomiaru,
iniekcji złotego strzału.


Szybkonogi żółw opancerza Achillesa.
Pancerny Achilles eskaluje żółwia.


Zajmuję superpozycję.
To łaszę się, to pokładam.

 

 

Service Pack 23.07.2009


Pompa infuzyjna przypomina
pasek pobierania. Ładuje w żyłę
nowe definicje, przyszywa łaty


krytycznym błędom. Mam uszkodzony
boot sector, jestem otwarty na atak,
utratę tego, co dane. Kroplówka


chłodzi procesy, mineralizuje upał.
Łapówki zapewniają upgrade systemu
operacyjnego, gwarantują pełny support.


Szukam w pamięci plików z dziadkiem.
Nie zapanował nad spamem i przegrał
przez logout. Siedzi teraz przed wielką


plazmą i widzi każdy wyciek duszy
z dosłowniejącego ciała. Double
layer, double layout. Double lie?


Big misunderstanding, Grandfather.

 

 

Appendix


Blizna się szczerzy jak uśmiech losu.
Ironiczny grymas darowanego,
któremu lepiej nie zaglądać,
bo da w zęby.


Siedzący we mnie nieletni
wyciął numer i musiałem się zaszyć
w najciemniejszym z kątów.


Stąd światło
smuży cieniem,
ręce drętwieją
od nadmiaru nocy.


Blizna się szerzy, snuje jak strzępki
grzybni, oplata kokonem.


I ma mnie.
I ma go.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

REQUIEM

 

 

 

Benedictus, qui venit


Poradzę sobie – pan Marian
ściąga spodnie i zdejmuje pieluchę
pełną skrzepów. Biorę ciepłe
zawiniątko jak ranne zwierzę.
Gdyby pana Mariana wyniesiono


na ołtarze, trzymałbym teraz
sancti strages, a każdy fragment
przesiąkniętego poliestru
spocząłby w kryształowym
relikwiarzu. Zamiast kadzidła


czarny worek
i języki ognia.


Włożyć świeżą pieluchę, umyć
ręce panu Marianowi, umyć
ręce sobie. Insulina i wieczerza.
Zadbać o krew,
zadbać o ciało.


Nie winić.

 

 

Przechodzenie


Pan Marian wyławia z zupy kawałki mięsa.
Dla mnie tylko rzadkie. Siorbie przez słomkę
słoną wodę i po chwili talerz świeci dnem
jak morze po przejściu. Pani Zosia


(żakiet w grochy) wita faceta
(rogowe okulary). Tutaj byłem
jeszcze młody, świeżo po sześćdziesiątce.
Spłowiały polaroid zlewa się z żółtym paznokciem.


A to nasz syn, którego nigdy nie mieliśmy.
Pan Marian na tle dwóch szkolnych tablic.
Adopcja to często karmienie złych genów.
Ładny chłopczyk łypie na mnie


monochromatycznym okiem.
Jego krótkie spodenki wrzynają mi się
w dialog. Popełnił samobójstwo. Powinienem
to spalić, zanim będzie wszystko jedno.


Fala wspomnień zalewa pana Mariana
jak krew, której z każdym dniem brakuje
bardziej. Przerzucam strony albumu,
czując pod palcami zarodniki ognia.


Mówię panu, życie to głodna szarańcza.

 

 

Widzenie


Pan Marian przypomina teraz
niepokojąco cichy rąbek w oknie
życia. Spod koca wystaje bandaż
z zaschniętą krwią i kawałek skóry.


Jego wątłe tętno przesypuje
we mnie proch, sieje sporysz.
W szpitalnej ciszy słucham pęknięć
i świstu uchodzącego powietrza.


Przez okno wdziera się
promień słońca,
pełznie
bardzo
powoli.


Każe patrzeć.

 

 

Kondukt


Już złożone wszystkie zdania, podrzędne,
wywiedzione w pole, przykryte gliną.
Resztki ciała stają się słowem, kwitną
w doniczkach z papieru, płonne płomienie,


coraz bardziej obce języki, które
niesie teraz nasza ślina. Więc kondukt
wpada w koleiny utarte z kodu
i białka? Mdły kogel mogel pokoleń,


piana bita do krwi. Strach włożyć palec,
rozpoznać kształt rany ukrytej w tkance
dna, jej wąskie światło zakazić pasmem,


gdzie falują tylko cienie. Rzucamy
kości, by ocalić głodny kawałek
materii, jakoś się z tego wygrzebać.

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

CITY

 

 \

 

 

 

Sears Tower, 103. piętro, 490. rocznica
wydania Utopii


Cukrowa wata, szklana ściana, umorusana buzia,
bliskie płaczu dziecko. Święty spokój
młodej matki. Polki poznaję po urodzie.


Tomasz po przodkach odziedziczył ciemną cerę
i teraz udaje Greka. Ale wszystko na nic:
wystawiają nas cwaniackie spojrzenia i język.


Migają światła, miasto jest płonącą wyspą,
a my jak Skywalker rozpalony w latarni Mickiewiczami –
dwie zapałki. Look! Pęka ulica i do kanału
wpływa smukły statek. Może wiezie pielgrzymów,


nielegalnych robotników, bogatych turystów
do siania przepastnych kwartałów rynku
świeżą zielenią. Osiada łagodnie na płyciźnie,
oślepiony stalowym płomieniem.


Jak ćma obijam się o szybę, żeby lepiej widzieć
w powidoku. W odbitym ekranie telewizora,
protofilarcha Illinois wyciska ze spotu,
ile tylko wylezie, aż do pierwszej krwi.


Kampania zdryfowała w to samo miejsce,
co statek. Na niebie, przywiązany do białej smyczy,
sunie samolot. Stąd wygląda jak wytrych.

 

 

Rynek. Szczyt sezonu


Stare kamienice idą za bary. Barmanki,
sterane panny, choć senne w rannym pędzie,
dzielnie gonią w piątkę: ruda sarna, chuda czarna,
szatańska szatynka i dwie bomby blond.


Zewsząd prą promocje, proponując proste
quid pro quo: większe o sto procent porcje
lub power drink plus prąd.


Kelnerzy przy szynku
w szykownym szyku
szukają bakszyszów:
Kebab? babka? kawa? waza
ciecierzyczanki? szaszłyk?


Łykasz resztę, czaisz?
Zapisz.


Szumi mi w czaszce.
Mierzę przez kufel
fajną lufę: kufa, biust, kufer –
bursztynem filtruję flirt.
Język giętki warzy słowa
i zdania bulgoczą w bełkocie
jak rozgotowane kluchy.
Uchyl okno!
Wychyl do dna i odbij
się w szkle!


Kelner nerwowo mną szarpie,
lokaj lokuje poza lokalem.
Dzierżąc drinka,
przez dryft bruku tracę pion.

 

Piątek.
Piętnasta.
Pięć piw w plecaku.
Zbity półdupek
i złoty półśrodek.

 

 

Głosodysa


Krzyśkowi Szeremecie


Iluminacje miasta dryfują w mroku.
Latarnie jak peryskopy podziemnych okrętów
wyrzynają białe tunele w grafitowej bryle.


Gubię krok w rytmie zaniknięć i ciemność
sączy się we mnie, wypłukując wątłe światło,
składa larwy, czeka, aż przesili się przestrzeń.


Wycie nocnych syren przykuwa
przerażającym pragnieniem
jak skały Kaukazu,
jak głaz Syzyfa.


Bloki kruszeją w bezruchu,
sypią zimne wióra tynków.


Ja Kaj, ja Kain. Ja Izaak w Abrahamie.
Ziarno rozdziobane przez
całopalne mięso.


Pobliskie zarośla zajmują
pozycję stosu.


Linia wysokiego napięcia straszy
piracką banderą, szykuje iskry
do abordażu.

 

Prócz wycia syren,
nie słyszę żadnego głosu.
Prócz wycia syren,
nie słyszę żadnego głosu.
Prócz wycia syren,
nie słyszę żadnego głosu.


Prócz wycia syren, skały Kaukazu w pozycji stosu
i miotane przypływem nocy czółenka blasków.

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

OCLENIE

 

 

 

Katedra pod ostatecznym wezwaniem


Z pewnością nadchodzą czasy szczęśliwej niewiedzy.
Andrzej Sosnowski


Areały ekstazy, kubiki rozkoszy!
Różowe wtajemniczenia,
lepkie rytuały, przymiarki
do życia niepokalanego
myśleniem.


O, święta świadomości! A jednak cię kręci!


Patrzysz na precyzyjnie zadawane
ciosy i chłoniesz tekstylną
bezczelność, dyktat multipleksu,
ślinisz niewidzialną dłoń utkaną z długu.


Parady szlauf na schodach ruchomych
jak piasek. To bardzo wciąga:
kajdanki z futerkiem, lateksowe zabawki,
śnieżne ścieżki i cały ten stuff. Dopalasz
papierosa i czujesz się jak ofiara
zakazanej reklamy, molestowany
nieletni. A przecież chciałeś tylko dorobić
do tego historię. M jak miłość albo Marlboro.


Kody kreskowe kasują produkty, taksują
embriony. Coś się rodzi
bez bólu, podąża szeroką, brukowaną aleją,
szuka drogi do raju.


Tam jak zwykle: permanentne promocje,
owoce w atrakcyjnej cenie.

 

 

Nowe wspaniałe święta


Pierwsza gwiazdka mruga
w płomieniach zniczy.
Hipermarkety zdejmują wieńce
i podkładają bombki.


Rozrywamy się zakupami,
obgryzając puste wnętrza
czekoladowych mikołajów.
Sacharoza przesypuje się
między zębami, tworzy zaspy
w arteriach. Ale nam teraz
w głowach tylko kulig!


Dźwięki dzwonków, szare komórki
przyprószone puchem darmowych minut,
białe bałwany, czerwone nosy,
kręte światełka i anielskie włosy.


Kevin siedzi sam w szklanej pułapce
ekranu i słucha Last Christmas.
Nawet nie próbuję uciec,
teraz wszystko w rękach Jacka Frosta!


W czerwonym barszczu pływa
ucho van Gogha. Ogród rozkoszy ziemskich
na wigilijnym stole. A za oknem
pejzaż zimowy z łyżwiarzami i pułapką
na ptaki. Robię karpia,
wypycham sianem.


Opłatek jest lekki i kruchy
jak wylinka.

 

 

Scalony


Mam trzydzieści cztery lata,
przepadłem
schwytany w sieć.


To są pojęcia proste i jednoznaczne:
chipset i sata,
klaster i bios,
modem i admin,
iso i hub.


Komputer jest łatwiejszy od sznurówek.
Widziałem: małe dzieci łamiące zapory rodziców,
jednocześnie grzeszne i niewinne.


To są wyrazy mętne i skomplikowane:
miłość i nienawiść,
kłamstwo i prawda,
wiedza i wiara,
jawa i sen.


Człowiek istnieje poprzez login.
Widziałem: legiony połączonych ludzi,
którzy nie zostaną poznani.


Poszukuję osób z krwi i ciała.
Niech nakarmią mój dotyk i napoją węch,
niech nauczą mnie prawdziwych imion i uwolnią język,
niech oddzielą fikcję od rzeczywistości.


Trzydzieści cztery lata.
Rozpruty.
Wpleciony w sieć.

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

MONODRAM

 

 

 

Kraj lat dziecinnych – czas i przestrzeń
w Panu Tadeuszu Adama Mickiewicza


Czas nie przystaje. Przestrzeń
sprowadza na manowce. Cudaczne.


Widzę siebie wyraźnie.
Siedzę w ławce wraz z nimi.
Siedzę i śmieję się z siebie.


Zosia w sadzie pasie gąski.
Zosia i gąski. I że pasie.
I że ważne, że pasie i że gąski i Zosia.
Czas i przestrzeń. Przyroda. Człowiek.


Dwudziestu informatyków patrzy
na mnie wraz ze mną. Śmiejemy.
Nie śmiem nie śmiać.
Dwudziestu i jeden obcy,
wirtualny, oboczny.


Co ja robię w tym miejscu,
o tej godzinie? Chciałbym
kliknąć load i zacząć od nowa.
Powtórzyć rozdanie. Zmienić grę.


Zosia, gąski, dwudziestu informatyków.
Fatal system error.

 

 

Lingwizm stosowany, czyli matura 2007


Kordian dostał imaginacji, przez co widzi
mary i mamidła, które idą po trumnach
do celu. Życie, toczone przez Soplice w ich
szlacheckim dworku, niczym się nie wyróżnia nam


od tragizmu ludzkiej egzystencji. Podobnie
w Nawłoci panuje rytuał jedzenia, tam
nikt nie dba o Chłodek, gdzie chłopi nawet spodnie
mają biedne. Główny bohater zamieszkał sam,


bowiem odkąd poznał Laurę, jego stosunek
do Hipolita stał się przerywany. Między
nimi wybuchło ognisko uczucia, ratunek
przyniosła mu praca i obserwacja nędzy.


O męstwie więźnia zaświadczy metamorfoza,
rodzaj ofiary na rzecz ideałów wyżej
cenionych niźli życie, niż żądza pieniądza,
a nawet własne morale. Nie pomógł ryżej


Ryfce: przemienia się z niewinnego młodzieńca
w tragicznego reprezentanta pokolenia
Kolumbów. Postanowił, że walczy do końca
i że u Matki Polki ukończy szkolenia.


W chruśniaku wszyscy zachwyceni byli wonią
wydawaną przez bąka. I tak, końca końcem,
Don Vito miał trzech synów, a potem miał ponoć
czwartego, który nawet został jego ojcem.


® Absolwenci szkoły średniej
Ministerstwo Edukacji Narodowej ™

 

 

 

 

 

BLURB

 

To jest bardzo dobrze napisana i jeszcze lepiej zatytułowana książka. Świadom swego eklektyzmu Wołoszyn poszukuje formuły, która spoiłaby w całość rozłażący się świat. Świat jeszcze piękny, a już trochę żałosny, coraz mniej prawdziwy, nie dość zmysłowy, który nie potrzebował nawet wojny, żeby się znów rozlecieć. W poróżewiczowskim wierszu „Scalony” pisze: „Poszukuję osób z krwi i ciała. / Niech nakarmią mój dotyk i napoją węch, / niech nauczą mnie prawdziwych imion i uwolnią język, / niech oddzielą fikcję od rzeczywistości”. Wypada życzyć poecie, aby jego poszukiwania zostały w dwóch trzecich uwieńczone sukcesem.

 

Jacek Podsiadło

 

Podobnie jak bohater też „poszukuję osób z krwi i ciała”. Gdy znajdę, stawiam krzyżyk, jako juror głosuję na kogoś takiego. Mam już dość przeżuwania i wypluwania papieru. Tacy ludzie jak Wołoszyn przywracają zapał do czytania wierszy. „To już nie kwestia smaku”, w gruncie rzeczy idzie o godność.

 

Karol Maliszewski

 

Czy warto opuścić nieco senną Arkadię, by poczuć się jak „ryba w łodzi”? Palimpsesty w miejskich zaułkach, odcienie szpitalnej bieli, migawki z ekranu („Czy leci z nami pilot? Kto ma w ręku pilota, ten rządzi kanałem). Czułość i sarkazm, bardzo sobie bliskie. Podobno czyta się po to, aby się dowiedzieć, co będzie dalej. U Wołoszyna mamy swoiste, błyskotliwe à rebours – jeśli „Poliptyk” jest odpowiedzią, to jak brzmi pytanie?

 

Wojciech Roszkowski

Joomla templates by Joomlashine